TROCHĘ WSPOMNIEŃ O RZEMIOŚLE, ETNOGRAFIA

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
TROCHĘ WSPOMNIEŃ O RZEMIOŚLE
Nie zrobi cieśla ołówka, ani kowal pióra do pisania. Są to wyroby stanowczo fabryczne; chcąc je mieć,
nie obejdziemy się bez fabryk, chyba żebyśmy się zdecydowali powrócić do patyczków węgla
drzewnego i do piór gęsich. Nie takie dawne te czasy. Ja sam pobierałem pierwszą naukę pisania
gęsimi piórami (umiałem je nawet temperować) i musiałem potem przyzwyczajać rękę do stalówki.
Twierdzę, że gęsimi pisało się lepiej, lecz głową muru nie przebijemy; tamto przepadło i nie wróci.
Warto by zrobić próbę pomiędzy nauczycielami, ilu znajdziemy takich, którzy potrafią wytłumaczyć
czemu nasze pióro w ogóle piórem się nazywa? Cóż ma w sobie pierzastego, ptasiego? Ani nawet
dzieci szkolne nie pytają o to!
Inne czasy nastały i wyroby fabryczne zalały świat. Niegdyś panowała wśród ogółu silna niechęć
przeciwko fabrykom. Zapowiadano, że one sprowadzą koniec wszystkiego, co w życiu jest miłe, a
zwłaszcza, że odtąd będą coraz gorsze głody, bo fabryki odejmą chleb rzemieślnikom. Takie same złe
przepowiednie pojawiały się, gdy zaprowadzano koleje żelazne, potem tramwaje, auta, itp. Za każdym
razem tracił chleb, kto nie umiał przystosować się do nowych warunków. Tysiące spedytorów,
dziesiątki tysięcy woźniców, stajennych itp. traciło robotę, ależ ile razy więcej osób znalazło zarobek
przy kolejach. Po niedługim czasie okazało się, że koleje przyczyniają ludności dobra i chleba bez
porównania więcej od dawnego spedytorstwa kołowego. Dziś możemy powiedzieć już to samo o
fabrykach; nie ujmują one dóbr materialnych, lecz przydają. Czyż nie zwiększa się dobrobyt ludności,
jeżeli w jakiej okolicy założą fabrykę? Jeszcze przed 50 laty trafiało się, że jakaś okolica, jakiś powiat
protestowały, żeby nie budować poprzez ich wsie i miasteczka nowej linii kolei żelaznej, a dziś wszyscy
wołają, że jest tych linii jeszcze za mało i na wyścigi starają się o nie. Nie ma już niechęci przeciw
fabrykom, przeciwko maszynom w ogóle.
Nie spełniły się też proroctwa, że rzemiosła upadną do reszty i zanikną całkiem, jako już niepotrzebne,
bo fabryka dostarczy wszystkiego taniej. Stało się nawet przeciwnie; dzięki fabrykom podniosły się
rzemiosła.
Znajdowały się bowiem rzemiosła przed pół wiekiem i nieco dawniej w sromotnym upadku. Pamiętam
krawców i szewców (majstrów) nie umiejących wziąć miary. Pewien szewc twierdził, że skoro
zamawiano u niego obuwie, musi się je przyjąć i zapłacić, choćby nie było "akurat" na nogę klienta; że
wolno je odrzucić w takim tylko razie, gdyby było za małe, takie małe, że się nie da wciągnąć na stopę;
jeżeli jednak jest za duże, to nic nie szkodzi, bo można w nim chodzić i groził sądem za "grymasy".
Działy się takie rzeczy nie w Pacanowie i nie w żadnej Pipidówce, lecz w stołecznym królewskim
mieście Krakowie. Trudno się było dogadać z "majsterkami".
Poniedziałek był dniem świątecznym po warsztatach; nikt nie pracował, a niektórzy przeciągali
spoczynek jeszcze na wtorki. Pracowało się od środy do soboty w południe, popijając gęsto przy pracy,
a od soboty południa przynajmniej aż do poniedziałku wieczora byli tak pijani, że żadną miarą nie
mogliby wziąć pracy do ręki. Było to prawo zwyczajowe, uznawane powszechnie, szanowane nawet
przez władze; była to niejako instytucja prawna. Zwało się to z niemiecka "Blaumontag" (dosłownie:
niebieski poniedziałek); widocznie przyszło to do nas od Niemców. Aktami zaś dawnymi i księgami
cechowymi można wykazać, jak pijaństwo szerzyło się od niemieckich stron. Jeszcze około roku 1830
Niemcy uchodzili za najbardziej pijacki naród w Europie.
Łatwo sobie wyobrazić, z jaką ulgą powitała publiczność pierwsze sklepy wyrobów "fabrycznych"
szewskich i krawieckie "konfekcje" - sprowadzane od niemieckich sąsiadów. Nie pomogły
demonstracje, pochody, wybijanie szyb, nawet rabunki takich sklepów; czasem zamykał je magistrat,
ale było to nadużyciem, więc wyższe instancje pozwalały otwierać te sklepy na nowo. Pijani majstrowie
nie przestawali pić, ale zaczynali głodować i sami chodzić boso. Wymarli i szczęśliwie nie mieli już
następców.
1
 Konkurencja fabryczna ocknęła rzemieślników i wysunęła na czoło tych, którzy nie "poniedziałkowali",
którzy wyuczyli się dobrze brać miarę i pozostawali rzetelnymi. Nigdy takich nie brakło, ale od czasu
sklepów fabrycznych oni zaczęli zajmować pierwsze miejsce w cechach i po dłuższym czasie
wyprowadzili je znowu na prostą drogę. Wydrwiwani przedtem, wyśmiewani, że mają "słabe głowy", że
udają "świętoszków", że nie są "mężczyznami", poczęli się trzymać razem, a złączywszy się z
inteligencją, doczekali się reformy polskiego rzemiosła.
Reforma polegała na rzeczy arcyprostej: rzemieślnik musiał się zabrać do nauki. Za lat dawniejszych
większość czeladzi nie umiała ni pisać, ni czytać i sam pan majster z wielkim tylko wysiłkiem zdołał
wypisać swoje nazwisko. Wprowadzono tedy przymus szkolny, nadto dla terminatorów szkoły
wieczorne; potem nastały specjalne szkoły zawodowe. Rzemieślnik nabierał oświaty, uczył się
rysować, a co najważniejsza, odczuwał godność swego stanu.
Nasuwa się tu pewna uwaga: rzemiosła przywiązane bardziej do wsi, niż do miasta nie popadły nigdy w
owo straszne poniżenie. Np. ciesiołka utrzymywała się zawsze na przyzwoitej wyżynie i niemal wszyscy
cieśle bywali zawsze godnymi ludźmi. Podobnież zdunowie wiejscy, garncarze, nie przechodzili przez
okres poniżenia. Przyczyny tego zjawiska wiadome są zapewne starszemu pokoleniu duchowieństwa
parafialnego; może by zabrał w tej sprawie głos i spisał swoje wspomnienia kto z czcigodnych księży
jubilatów, póki nie za późno, póki te nauki życia praktycznego nie zaginą w niepamięci.
Rzemieślnicy chcąc się ocalić, musieli tedy zabrać się do nauki. Opiszę jeszcze w kilku rządkach, jaką
była nauka terminatorów za mojej młodości. Rodzice oddawali chłopca w wieku lat 10 - 12 na naukę do
majstra. "Terminowanie" miało trwać od 3 - 5 lat stosownie do umowy; im mniej mogli rodzice za syna
płacić, tym dłużej trwała ta niewola. Pomyślmy tylko czegóż ów majster mógł nauczać choćby tylko
przez trzy lata, skoro sam nic nie umiał?! Było więc tak: chłopak był przez pierwsze dwa lata na służbie
nie u majstra, lecz u pani majstrowej. Zastępował jej służącą; palił w piecu, szorował podłogę, mył
statki, nastawiał garnki, a przede wszystkim niańczył dzieci. Dopiero trzeciego roku zaczął mu majster
"pokazywać" coś "wedle rzemiosła" ale nie dużo, i nie często, bo pani majstrowa ciągle chłopca
przywoływała do swej pomocy. Za poważniejsze "sekrety" rzemiosła trzeba było majstrowi osobno
płacić. Terminator był z reguły głodny, ciągle wyszturchany i bardzo, a bardzo brudny.
A jednak wybrnęło się z tego czyśćca! Dziś młodzież rzemieślnicza nie ustępuje w niczym innej
młodzieży, a rzemieślnik ma swój warsztat naprzeciwko fabryki i roboty nie brakuje. Wyroby
rzemieślnicze są coraz lepsze, piękniejsze i trwalsze. Wyroby wytworniejsze należą nie do fabryk, lecz
do rzemiosł. A jaki jest właściwy stosunek warsztatu do fabryki, o tym następnym razem. Może nie od
rzeczy było poprzedzić te rozważania niejako wstępem historycznym.
2
  [ Pobierz całość w formacie PDF ]