Trylogia Mrocznego Elfa 09 -Mroczne Oblezenie, Do poczytania, Trylogia Mrocznego Elfa

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
R. A. Salvatore
Mroczne Oblężenie
(Siege of Darkness)
Dziedzictwo mrocznego Elfa 3
Tłumaczenie: Piotr Kucharski
Dla Lucy Scaramuzzi,
najprawdziwszej z nauczycielek, która nauczyła mnie,
jak stworzyć książkę - nawet mimo tego,
że wszystkie moje pomysły w drugiej klasie
zostały skradzione ze Snoopy'ego!
PROLOG
Na pozór wydawała się zbyt pięknym stworzeniem, by przemierzać wirujący szlam
tej zadymionej warstwy Otchłani. Zbyt pięknym, bowiem jej rysy były doskonale
wycyzelowane i delikatne, a lśniąca mahoniowa skóra dawała jej wygląd ożywionego
dzieła sztuki, obsydianowej rzeźby, w którą tchnięto życie.
Otaczające ją potworne istoty, pełzające ślimaki i nietoperzoskrzydłe stwory,
obserwowały każdy jej ruch, miały na nią baczenie. Nawet największe i najsilniejsze z
nich, gigantyczne czarty, które mogłyby zniszczyć spore miasto, utrzymywały
bezpieczną odległość, bowiem wygląd mógł być zwodniczy. Choć piękna kobieta
wydawała się delikatna, nawet krucha jak na standardy potwornych stworów Otchłani, z
łatwością mogła zniszczyć każdego obserwującego ją teraz czarta, dowolnych dziesięciu
czy pięćdziesięciu z nich.
One to również wiedziały i jej przejście nie było zakłócane. Była to Lloth, Pajęcza
Królowa, bogini drowów, mrocznych elfów. Była ucieleśnieniem chaosu, instrumentem
zniszczenia, potworem pod delikatną fasadą.
Lloth spokojnie wkroczyła w region wysokich, grubych grzybów, zebranych w kępki
na małych wysepkach pośród brudnego wiru. Przechodziła bez obaw z jednej wyspy na
drugą, krocząc tak lekko po przelewającym się szlamie, że nie brudziły się nawet
podeszwy jej delikatnych, czarnych pantofli. Natknęła się na wielu najsilniejszych
mieszkańców tego poziomu, nawet prawdziwe czarty tanar'ri, śpiące pomiędzy owymi
kępami grzybów. Wszystkie te zirytowane stworzenia budziły się powarkując i obiecując
wieczne tortury i wszystkie odczuwały ogromną ulgę, gdy Lloth domagała się od nich
zaledwie jednej odpowiedzi na jedno pytanie.
- Gdzie on jest? - pytała za każdym razem i choć żaden z potworów nie znał
dokładnego miejsca pobytu wielkiego czarta, ich odpowiedzi prowadziły Lloth dalej, aż
odnalazła poszukiwaną bestię, wielkiego dwunożnego tanar'ri z psim pyskiem, rogami
byka i strasznymi skórzastymi skrzydłami, zwiniętymi za jego ogromnym cielskiem.
Wyglądając na dość znudzonego, siedział w fotelu, jaki wyrzeźbił z jednego z wielkich
grzybów, ułożywszy groteskową głowę na podniesionej dłoni. Brudne, zakrzywione
pazury ocierały się rytmicznie o blady policzek. W drugiej dłoni bestia trzymała
rozwidlony bicz, którym zamachiwała się co jakiś czas, smagając bok grzybowego fotela,
gdzie przykucnęło nieszczęsne pomniejsze stworzenie, jakie wybrała na tortury w tej
chwili wieczności.
Pomniejszy stwór zawył i zaskomlał żałośnie, a to ściągnęło na niego kolejne
bezlitosne uderzenie bicza czarta.
Siedząca bestia warknęła nagle, podnosząc głowę i wpatrując się bacznie
czerwonymi oczyma w dym, wirujący wszędzie dookoła grzybowego tronu. Wiedziała,
że coś znajduje się w pobliżu, coś potężnego.
W pole widzenia weszła Lloth, nie zwalniając nawet w najmniejszym stopniu, gdy
przypatrywała się potworowi, największemu w tej okolicy.
Gardłowy warkot wydobył się spomiędzy warg tanar'ri, warg, które wykrzywiły się
w paskudny uśmiech, po czym opuściły w grymasie, gdy potwór przyjrzał się pięknemu
kąskowi wchodzącemu do jego leża. Z początku czart uznał Lloth za dar, zagubioną
mroczną elfkę, z dala od Planu Materialnego i swego domu. Niewiele czasu zajęło jednak
czartowi domyślenie się prawdy.
Usiadł prosto w swym fotelu. Następnie z niewiarygodną szybkością i płynnością jak
na kogoś o swych wymiarach podniósł się do pełnej wysokości czterech metrów, górując
nad intruzką.
- Usiądź, Errtu - poprosiła go Lloth, machając niecierpliwie ręką. - Nie przyszłam tu,
by cię zniszczyć.
Dumny tanar'ri wydał z siebie drugi warkot, jednak nie zbliżył się do Lloth,
rozumiejąc, że z łatwością mogłaby zrobić to, czego jak twierdziła, nie przyszła tu zrobić.
Errtu wciąż stał, po prostu po to, by zachować odrobinę swej dumy.
- Usiądź! - powiedziała nagle Lloth, a Errtu, zanim jeszcze zarejestrował swój ruch,
zauważył, że siedzi z powrotem na grzybowym tronie. Zdenerwowany podniósł bicz i
smagnął skamlającą bestię, która rozpłaszczyła się przy nim na ziemi.
- Dlaczego tu jesteś, drowko? - mruknął Errtu. Jego głęboki głos przechodził w
zgrzytliwe, wyższe tony niczym drapanie paznokciami po talerzu.
- Słyszałeś o zamieszaniu w panteonie? - zapytała Lloth. Errtu przez długą chwilę
zastanawiał się nad tym pytaniem. Słyszał oczywiście, że bogowie Krain kłócą się,
przechodząc samych siebie w knowaniach, walce o władzę i wykorzystując inteligentne
pomniejsze stworzenia jako marionetki w swych prywatnych gierkach. W Otchłani
oznaczało to, że mieszkańcy, nawet większe tanar'ri takie jak Errtu, były często
angażowane w niechciane polityczne intrygi.
Errtu uznał, że właśnie coś takiego się tutaj dzieje, i obawiał się tego.
- Zbliża się czas wielkich sporów - wyjaśniła Lloth. - Czas, kiedy bogowie zapłacą za
swą głupotę.
Errtu zachichotał chrapliwym, strasznym głosem. Padł na niego ganiący wzrok Lloth.
- Dlaczego taki przypadek miałby cię niepokoić, Pani Chaosu? - spytał czart.
- Kłopoty te będą wykraczać poza mnie - wyjaśniła ze śmiertelną powagą Lloth. -
Będą wykraczać poza nas wszystkich. I ktoś z przyjemnością mógłby obserwować, jak to
głupcy z panteonu miotają się dookoła, odarci ze swej fałszywej dumy, niektórzy nawet
zostaną zabici, lecz każda czczona istota, która nie będzie ostrożna, znajdzie się w
kłopotach.
- Lloth nigdy nie była znana z ostrożności - wtrącił się cierpko Errtu.
- Lloth nigdy nie była głupia - szybko odparła Pajęcza Królowa. Errtu przytaknął,
lecz siedział przez chwilę w ciszy na swym grzybowym tronie, przetrawiając to
wszystko.
- Co to ma wspólnego ze mną? - zapytał w końcu, bowiem tanar'ri nie były czczone,
tak więc Errtu nie czerpał swych mocy z modlitw jakichkolwiek wiernych.
- Menzoberranzan - odparła Lloth, nazywając osławione miasto drowów, największą
siedzibę swych wyznawców w całych Krainach.
Errtu przekrzywił swą groteskową głowę.
- Miasto już jest w chaosie - wyjaśniła Lloth.
- Tak jak sobie tego życzyłaś - wtrącił się Errtu i parsknął. - Tak jak to
zaaranżowałaś.
Lloth nie zaprzeczyła.
- Istnieje jednak niebezpieczeństwo - ciągnęła piękna drowka. - Jeśli dopadną mnie
kłopoty panteonu, modlitwy moich kapłanek pozostaną bez odpowiedzi.
- Czy oczekujesz, że ja na nie odpowiem? - spytał z niedowierzaniem Errtu.
- Wierni będą potrzebować ochrony.
- Nie mogę iść do Menzoberranzan! - ryknął nagle Errtu, wylewając z siebie swą
wściekłość, nagromadzoną przez lata wygnania. Menzoberranzan było miastem w
Podmroku Faerunu, wielkim labiryncie, leżącym pod powierzchnią świata. Choć jednak
było oddzielone od powierzchni kilometrami grubej skały, wciąż należało do Planu
Materialnego. Przed laty Errtu był na tym planie, na wezwanie pomniejszego czarodzieja,
i pozostał tam w poszukiwaniu Crenshinibona, kryształowego reliktu, potężnego
artefaktu z przeszłości, z czasów wielkiej magii. Ogromny tanar'ri był tak blisko reliktu!
Wszedł do wieży, jaką stworzył on na swoje podobieństwo, i współpracował z jego
właścicielem, żałosnym człowiekiem, który i tak wkrótce po tym zginąłby, pozostawiając
czartowi swój hołubiony skarb. Wtedy jednak Errtu natknął się na mrocznego elfa,
renegata z trzódki samej Lloth, z Menzoberranzan, miasta, którego ochrony najwyraźniej
teraz od niego wymagała.
Drizzt Do'Urden pokonał Errtu, zaś dla tanar'ri porażka na Planie Materialnym
oznaczała sto lat wygnania w Otchłani.
Teraz Errtu trząsł się wyraźnie z wściekłości, a Lloth cofnęła się o krok,
przygotowując się na wypadek, gdyby bestia zaatakowała, zanim zdąży przedstawić swą
[ Pobierz całość w formacie PDF ]